O karierze i przebojach wywiad z Grzegorzem Markowskim, liderem zespołu „Perfect”.

0
847

Rokickie Wiadomości: Napięty harmonogram, zapracowanie nie zawsze pozwala Panu na udzielanie wywiadu, tym razem mieliśmy szczęście…
Grzegorz Markowski: Świąteczny czas, marzenia noworoczne, wszystko jest możliwe…
RW.: W 2015 roku zespół Perfect obchodził 35-lecie, w którym roku trafił Pan do Perfectu?
G.M.: Singiel, który wydałem w wieku 27 lat wpadł w ręce Zbyszka Hołdysa i Bogdana
Olewicza. Obaj doszli do wniosku, że mogą spróbować mnie zaprosić do współpracy,
takiej wstępnej. Przyszedłem na próbę – zaśpiewałem i chyba się spodobało,
bo zostałem . Po pół roku prób zrobiliśmy pierwszą sesję nagraniową, chyba z cztery
piosenki: „Ale wkoło jest wesoło”, „Bażancie życie”, „Lokomotywa z ogłoszenia”
i „ Nie płacz Ewka „. To się ukazało i dotarło do radia. Po kolejnych trzech miesiącach
druga sesja, a następnie płyta. To już wtedy było szybkie wejście na szczyt.
RW.: Czy pamięta Pan swój pierwszy koncert z Perfectem, będąc jego wokalistą?
GM: Tak, pamiętam bardzo dobrze. To było w Poznaniu. W domu studenckim,
w bardzo małym klubie, do którego przyjechał Perfect oraz dwóch technicznych:
kierowca i akustyk. Było nas razem dziewięciu, a publiczności całe siedem osób –
czyli siedmiu studentów. Za zdobyte honorarium z siedmiu biletów, zakupiliśmy
dziesięć win po 3,50 i upiliśmy się wraz z widownią. Wykonaliśmy pierwszy koncert na
lekkim „ rauszu „ (śmiech). Potem poważny pierwszy koncert był w Rock Arenie w Poznaniu. To był już sukces medialny, czyli zauważony zespół Perfect i zespół z dnia na
dzień, stał się zespołem bardzo modnym.

RW: Rok 1981 to pasmo sukcesów na polskim rynku muzycznym. To wtedy usłyszeliśmy
m.in. piosenki „Chcemy być sobą” i „Nie płacz Ewka”. Jak się Pan wtedy czuł, gdy śpiewane
przez Pana utwory odniosły sukces?

GM: Myślę, że każdy czułby to samo – wielką satysfakcję i wielką radość. Choć ja
nie mam zbyt chorobliwej przyjemności słuchania czy oglądania samego siebie. Cieszę
się sukcesem, ale nie własnym wokalem.
RW: Rok 1983 to rok „Autobiografii”. Hymn pokolenia, chyba Wasza najważniejsza kompozycja. Czym była zainspirowana, o czym tak naprawdę opowiada? Jak się teraz Pan czuje śpiewając ją po latach?
GM: Czuję się fantastycznie dlatego, że piosenka jest jak modlitwa. Nigdy się nie
nudzi – jeżeli śpiewasz ją szczerze i oddajesz szczerze emocje. To tak jak oglądanie
pięknych kobiet – też nigdy nie bywa nudne. Piosenka opowiada o trzech przyjaciołach.
Andrzej Mogielnicki, Zbyszek Hołdys, Bogdan Olewicz tworzyli trójkę przyjaciół mając
17, 18 lat – marzyli o karierze. Początkowo tą piosenkę miał wykonywać Zbyszek Hołdys,
ale oddał ją w końcu mnie, twierdząc, że nie poradzi sobie z wokalem. Zatem miałem
przyjemność wykonać ten utwór i do dzisiaj śpiewam go z wielką radością, chyba
tak samo jak się modlę – to jest takie śpiewanie z duszy, z serca.
RW.: Chciałabym się odnieść do roku 1987, kiedy młody Grzegorz śpiewał w zespole
Hazard i Samolot, nie wszyscy fani zespołu chyba o tym wiedzą?
G.M.: Rzeczywiście tak było. Śpiewałem w tych zespołach, a nawet w 1987 roku udało
mi się wydać solowy album pt. „Kolorowy telewizor”. . Spowodowane to było tym, iż
w 1983 roku grupa Perfect została rozwiązana praktycznie na okres 4 lat. W tym czasie
również prowadziłem firmę budowlaną.

RW: 4 lata przerwy prowadził Pan firmę budowlaną? Jak szły interesy? Jak to wtedy
wyglądało?
GM: To wyglądało tak samo jak dzisiaj: po prostu trzeba wstać o szóstej rano, wyjechać
przed siódmą, zebrać ludzi, zdobyć zlecenia, zakupić materiał, przypilnować ludzi,
zrobić rozliczenia, wypicie wódki i zjedzenie śledzia obowiązkowo (śmiech). Nie
jest to takie skomplikowane. Generalnie nie sprawiało mi to wielkiej przyjemności,
ale zarabianie pieniędzy było jakąś motywacją. Budowałem wtedy dom, wyjeżdżałem
za granicę – czułem się dość zamożnie. Pierwszy raz w życiu! W zespole Perfect
zarabiałem wtedy skromnie, w związku z czym za czasów firmy budowlanej czułem
się dobrze.
RW: W 1987 roku Perfect powrócił na scenę. Zagraliście 3 koncerty w Hali Oliwii w Gdańsku, w Spodku, a przede wszystkim na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie w ramach „Perfect Day”. Jak ocenia Pan tamten powrót?
GM: Poczułem ogromną radość, ogromną chęć zaśpiewania. Były wówczas snute
ogromne i piękne plany: wyjazd do Ameryki, robienie kariery na Zachodzie, mieliśmy
zagrać z Supertramp trasę europejską – to wszystko gdzieś się rozmyło. Wróciłem do
prowadzenia firmy budowlanej.
RW: Jesienią 1993 roku, Perfect po raz drugi wraca na scenę. Tym razem koncerty w Kanadzie i spektakularny występ w Spodku w 1994 roku. Czy to nie był w pewnym sensie
nowy etap w życiu Grzegorza Markowskiego? Absolutnie tak. Bardzo bałem się tego
powrotu. Gdyby okazało się, że po tych siedmiu koncertach w Kanadzie siedzimy
w Spodku i np. przed koncertem widzę 1000 osób na sali, która liczy dziewięć tysięcy,
to tego dnia skończyłbym utworem „Nie płacz Ewka”, spakował walizki i nigdy nie
wrócił do śpiewania. Jednak przyszło tych ludzi między sześć a siedem tysięcy. Pomyślałem
sobie, że zostawiam tą całą budowlankę w cholerę i wracam do mikrofonu
do którego właściwie tęskniłem przez cały czas. Chciałem czuć się potrzebny publiczności,
a publiczność wytupała to nogami, bo przyszła.
RW: „Autobiografia” uznana została za hymn pokolenia lat 80. Czy uważa Pan, że „Niepokonani” są hymnem lat 90.?


GM: Wydaje mi się, że tak. Jeżeli coś można uważać za hymn to myślę, że „Niepokonani”
są takim hymnem. Sam sobie śpiewam – „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść
Niepokonanym”. Mam nadzieję, że mnie kiedyś Stwórca przy tej piosence zabierze
na wsze czasy.
RW: Utwory grupy zna kilka pokoleń. Śpiewają dziadkowie, rodzice, a nawet dzieci. Zdarzyło się, że fan Was w jakiś sposób zaskoczył?
G.M.: Za każdym razem zaskoczeniem jest jak kilkunastolatek śpiewa utwór, który ma
kilkadziesiąt lat (śmiech).
RW: Którą piosenkę Grzegorz Markowski lubi najbardziej? (śpiewać)
GM: Powiem szczerze, że do czasu piosenki „Niepokonani”, chyba najbardziej bliskie
było mi „Nieme Kino” i „Niewiele Ci mogę dać”. To utwory w których mogłem
„wywalić” całe serce, całą duszę. Tym utworem, który mi się teraz najpiękniej śpiewa
są „Niepokonani”.
RW: Marzenie muzyczne Grzegorza Markowskiego?
GM: … Czy mam marzenia muzyczne? Chyba zagrać dla całego świata (śmiech),
ale to się nie da – nie ma takiej dużej sceny i takiego wybiegu. Jak stąd do Pekinu musiałby
ten wybieg mieć długość. Generalnie nie miałbym ochoty robić kariery światowej,
bo Polacy są tak pięknym i mądrym narodem, że być popularnym w Polsce to być popularnym wśród mądrych i pięknych ludzi.
RW: Czego mogę Panu życzyć?
GM: Przede wszystkim spokoju. Jestem człowiekiem bardzo niecierpliwym. Ja bym sobie życzył, aby było więcej szczęśliwych ludzi wokół mnie, wtedy ja będę też szczęśliwy.
RW: Powróćmy jeszcze na chwilę do historii… W swoim repertuarze zespół ma piosenkę „Idź Precz”. Do kogo była kierowana piosenka ?
GM: (śmiech) Do wszystkich niedobrych ludzi! (śmiech)
Dziękuje bardzo za rozmowę Grzegorzem Markowskim, lideremzespołu „Perfect”, rozmawiała Teresa Wieczorek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ