Autostopem do Tajlandii

0
533

Cześć, czołem!

Ostatnio pisałem o mojej przygodzie, która wydarzyła się jeszcze po ukraińskiej stronie granicy. Następna w kolejności była Rosja, o której w tamtym momencie bardzo dużo się mówiło. Krym, sankcje i Smoleńsk, to najnowsze powody, dla których między Polakami i Rosjanami mogło dochodzić do jakichś kwasów. Jeśli oglądało się za dużo telewizji, to faktycznie można było się tego bać, ale wyszedłem z założenia, że polityka to jedno, a ludzie to drugie – licząc, że jakoś przejadę przez ten kraj autostopem.

Moim głównym celem, jeśli chodzi o Rosję, był Bajkał i położona na nim wyspa Olchon. W drodze dowiedziałem się o jeszcze jednym, bardzo ciekawym miejscu na Syberii, czyli Wierszynie i to o niej, będę tym razem pisał.

Najpierw jednak musiałem się tam dostać. Wymagało to wjechania w głąb Rosji. Po około 70 km kiepskiej, głównie gruntowej drogi, trzeba było skręcić i tułać się następne 16 km jeszcze gorszą trasą. Wszystko oczywiście autostopem. Tak sobie jechałem, aż do ostatniej, istniejącej wsi. Dalej, oprócz dziczy nie było już nic. Misja niby miała być ciężka, ale jak się okazało, tylko w teorii, bo właśnie w takich dziurach, stopa łapało się najłatwiej.

Ale, po co to wszystko? To miejsce słynęło z tego, że ludzie potrafili się tam porozumiewać po polsku, a mi, po ponad dwudziestu dniach samotnej podróży, tego właśnie brakowało najbardziej.

Kiedy zajechałem do wsi, jednym z pierwszych miejsc, gdzie się udałem był kościół. Pomimo, że było dosyć późno, to nadal wewnątrz pozapalane były światła. Nie czaiłem się zbytnio, tylko wszedłem do środka. Jak się okazało, był tam modlący się ksiądz. Po chwili szeroko się uśmiechnął, następnie zaprosił do siebie i tak gościłem u niego dwa dni. Dzięki naszym rozmowom dowiedziałem się, że pierwsi Polacy z okolic Krakowa, zostali przesiedleni do Wierszyny, w około 1910 roku. Wcześniej byłem przekonany, że to musiała być jakaś forma kary dla „naszych”, ale ksiądz wyprowadził mnie z błędu. Okazało się, że to była propozycja cara, także o zsyłce nie było mowy. Chciał on w ten sposób zasiedlić Rosję, więc Polacy teoretycznie mieli wybór. Zasada była taka, przesiedlenie fundował car, ale gdyby już po fakcie się komuś nie spodobało i zachciało mu się wracać, to musiał to już zrobić na własny koszt. I tak znalazło się kilka rodzin, które wróciły, bo to, co w tamtym czasie zobaczyły, to dosłownie i w przenośni nic. Te które zostały, musiały budować wszystko od zera. W tamtym okresie Polacy wyjeżdżali za chlebem na zachód i jak się okazuję również na wschód. Różnica w dzisiejszym poziomie życia obu tych grup jest kolosalna. Choć minęło ponad 100 lat, to nadal w Wierszynie nie zobaczysz asfaltowych dróg, ani domów z cegły. Spotkasz za to polską kulturę, język i to główny fenomen tego miejsca.

Kolejny fenomen to ksiądz Karol Lipiński OMI, oblat wysłany do Wierszyny na misję. Misja to było dobre słowo. Pomimo 74 lat na karku, sam prowadził parafie na Syberii, odbudowę fundamentów kościoła, rozbudowę domu parafialnego, ogarniał komputer, samego siebie i ze wszystkim radził sobie naprawdę nieźle. Oblaci podejmują się właśnie takich misji, tam, gdzie mało, kto by się wybrał, czyli wśród Indian, Eskimosów, na Syberii i tego typu klimatach. Miałem wątpliwości, czy ja sam bym za księdzem Karolem nadążył, zwłaszcza, jeśli chodziło o jazdę na rowerze. Widziałem jak pędził swoim jednośladem po wsi, z taką prędkością, że spokojnie mógłby mieć przezwisko „znikający punkt”. Wracał właśnie znad rzeczki, gdzie kąpał się w zimnej wodzie. Musiał utrzymywać dobrą kondycje, bo w planach miał wyjazd na pielgrzymkę rowerową trasą św. Jakuba, która liczyła 1200 km. Pomimo, że obecnie z kościołem katolickim zgadzam się coraz mniej, to dla mnie ksiądz Karol był i nadal jest ciekawym przypadkiem, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się nieco więcej o Wierszynie, to na youtube, pod tytułem: „Wierszyńskie opowieści cz. 1 – o. Karol Lipiński OMI” – temat został dużo bardziej rozwinięty.

Podsumowując Rosja zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Mało tego, zauważyłem, że każdy, kto tam był, miał podobne zdanie, zwłaszcza, jeśli chodziło o ludzi. Trafiali się oczywiście wariaci, jak wtedy, gdy z drogi zabrał mnie pijany Rusek, mówiąc, że nie ma się co bać, bo przecież przed momentem pił z komendantem. Takie jednostki trafiają się też w Polsce.

Zapuszczając się do tego kraju, a później „ostatniej syberyjskiej wsi”, naturalnie miałem bardzo dużo wątpliwości, czy dam rade. Ten ferment głównie powodowany, był mediami i opiniami ludzi, którzy nawet nie byli w tym kraju. O skali szerzonej u nas propagandy, przekonałem się, kiedy w domu jednego Rosjanina włączyłem telewizor. Wówczas zdałem sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu, widziałem uśmiechniętego Putina, w dodatku rozmawiającego z dziećmi! :O Te wszystkie lęki, przez które nie potrafiłem się wyluzować, były w większości bzdurą, dlatego jeżeli miałbym na koniec napisać coś mądrego, to napiszę, że strach miał wielkie oczy.

 

PS: Kolejna relacja będzie z Mongolii 😉

 

cdn.

Hubert Krupka

kontakt.hubertkrupka@gmail.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ