Zaczytana Rokietnica – Grudzień

0
399

Kochani Czytelnicy,

W październiku prezentowałam nowy kanon lektur dla szkoły podstawowej, w listopadzie – dla średniej, nadszedł więc czas na obiecany „sąd nad lekturami”. Dziękuję za wszystkie Wasze głosy w dyskusji i wspomnienia dotyczące własnych lektur. Odetchnęłam z ulgą, bo jak się okazało, nie tylko ja miałam w szkole problemy z „Nad Niemnem” i czasem omijałam opisy przyrody, którymi winnam się zachwycać lub przynajmniej być pod ich wrażeniem (patrz „W pustyni i w puszczy”). Jednocześnie znalazłam kilka „pokrewnych dusz”, które zachwycały się „Lalką” i zaczytywały w „Ziemi obiecanej”. Dodam jeszcze, że wielu czytelników „Rokickich Wiadomości” z nostalgią wspomina swoje pierwsze lektury szkolne: „O psie, który jeździł koleją”, „Chłopców z Placu Broni” „Dzieci z Bullerbyn” czy „Anię z Zielonego Wzgórza”.

Na początek jednak oddam głos Gombrowiczowi, a dokładniej bohaterom „Ferdydurke”. Jeśli w szkole sięgaliście po lektury, to z pewnością pamiętacie słynną lekcję języka polskiego i rozmowę ze Słowackim (który „wielkim poetą był”!) w roli głównej. Oto jej fragment:

„NAUCZYCIEL: Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że zachwyca.

GAŁKIEWICZ: A mnie nie zachwyca.

NAUCZYCIEL: To prywatna sprawa Gałkiewicza. Jak widać, Gałkiewicz nie jest inteligentny. Innych zachwyca.

GAŁKIEWICZ: Ale, słowo honoru, nikogo nie zachwyca. Jak może zachwycać, jeśli nikt nie czyta oprócz nas, którzy jesteśmy w wieku szkolnym, i to tylko dlatego, że nas zmuszają siłą…”.

Mija dokładnie 80 lat od pierwszego wydania  „Ferdydurke” a szczere wyznanie  Gałkiewicza: „Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej niż dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje! Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca?”, staje się coraz bardziej aktualne. Każdy kolejny kanon lektur zdaje się powiększać grono współczesnych „Gałkiewiczów”. Zewsząd słychać głosy, że jest przestarzały, niezrozumiały dla młodzieży i nudny, a przede wszystkim NARZUCONY. Wszystko to w rezultacie zniechęca do książek. Pojawiają się nawet pomysły, żeby go zupełnie zlikwidować. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją całkowicie odwrotną. Zestaw lektur, który do tej pory pozostawiał polonistom trochę swobody w doborze książek, w starszych klasach został bardzo usztywniony. Nieco większe pole manewru mają nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej, którzy w ramach nowej ustawy programowej otrzymali nie tyle listę lektur obowiązkowych co „propozycje dla wspólnego i  indywidualnego czytania”. Cóż z tego, kiedy wiele bibliotek szkolnych nie dysponuje nowszymi tytułami z ministerialnego zestawienia i w rezultacie uczniowie omawiają od lat te same książki.

Co z tym fantem zrobić? Odpowiedzi na to pytanie starałam się znaleźć, biorąc udział w różnych spotkaniach poświęconych lekturom właśnie. Na szczególną uwagę zasługują warsztaty z Anną Marią Czernow, specjalistką od literatury dziecięcej, prezeską Polskiej Sekcji IBBY, w których uczestniczyłam w październiku. W spotkaniu, pod znamiennych tytułem „Co z tym kanonem?”, wzięło udział około 100 nauczycieli z całej Wielkopolski. Wszyscy zgadzali się, że jest źle, pomstowali na sztywne zasady rządzące kanonem, wskazywali na przypadkowe tytuły, które znalazły się w jego ostatniej odsłonie. Słysząc nasze zarzuty, prowadząca zapytała prowokacyjnie czy zdecydowalibyśmy się na likwidację kanonu. Efekt? Tylko dwie osoby z sali opowiedziały się za takim rozwiązaniem. Reszta uczestników nagle zaczęła dostrzegać potrzebę pokazania uczniom ważnych książek. Próbowaliśmy też,  bezskutecznie, uporać się z dobrem tytułów, które powinny się znaleźć w ewentualnym poprawionym kanonie. Tu też pojawiły się schody. Okazało się, że dla niektórych kanon bez „Tego obcego” czy „Chłopców z Placu Broni” to nie kanon, mogliby tych tytułów bronić niczym Nemeczek swojego placu, podczas gdy inni potrafią doskonale sobie bez nich poradzić. Pojawił się również pomysł czynnej partycypacji uczniów w tworzeniu zestawu lektur (znany zresztą z początków ubiegłego wieku). Zgodnie z tym założeniem, skoro uczniowie sami wybraliby książki, które chcieliby omówić, to w rezultacie sięgaliby po nie chętniej niż obecne lektury. Niby proste, ale… Biorąc pod uwagę upodobania czytelnicze współczesnych nastolatków szybko okazało się, że do kanonu mógłby trafić m.in. bestseller ostatnich lat, czyli „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, a z kolei taka pozycja w zestawie lektur nie przypadła do gustu większości uczestników warsztatów… W rezultacie po prawie dwóch godzinach emocjonującej dyskusji okazało się, że zarówno z kanonem, jak i bez niego źle.

 

Osobiście uważam, że kanon, jako zbiór uniwersalnych książek, z którymi powinien mieć szansę zetknąć się uczeń, jest potrzebny i jesteśmy w stanie go określić. Może nie musi być aż tak obszerny jak obecny, może poznawany wspólnie w klasie/bibliotece, z wykorzystaniem audiobooków? Wreszcie omawiany nie tak detalicznie jak dziś, z większą swobodą interpretacji, bez tego obowiązkowego zachwytu nad wielkim poetą i zgadywania co autor miał na myśli? Nie wiem. To już kwestie techniczne. Jedno jest pewne, dotarcie do takich tekstów (poza nielicznymi wyjątkami) umożliwi dziś już tylko szkoła. Warto o tym pamiętać zanim całkowicie pozbędziemy się lektur albo zastąpimy je książkami tylko i wyłącznie „łatwymi i przyjemnymi dla czytania”.

Nie zgodzę się z zarzutami, że kanon jest głównym winowajcą tego, że dzieci/młodzież przestają sięgać po książki. Z pewnością lektury mogą skutecznie zniechęcić do czytania, ale składa się na to więcej czynników, chociażby niedostateczne kompetencje czytelnicze, utrudniony dostęp do książek, brak wzorców albo wszechogarniająca elektronika, z którą żadna książka nie jest w stanie rywalizować. Zrzucać całą winę na kanon, to trochę jak narzekać, że dzieci nie ćwiczą na zajęciach wychowania fizycznego i dlatego są otyłe, jednocześnie zapominając o diecie, godzinach przed ekranem, gazowanych napojach, etc.  Jak widać lubimy stawiać szkole nierealne wymagania w wielu dziedzinach.

Awersja do lektur to problem „stary jak świat”. Była powszechna nawet w czasach, gdy ludzie częściej sięgali po książki. Ciągle podkreślanie, że uczniowie nie czytają, bo kanon jest nudny, przestarzały, narzucony to rodzaj sugestywnej (i po części prawdziwej) ale jednak zbyt prostej wymówki, a w dodatku utrwalanie stereotypów.

Podzieliłam się moją opinią, a co o kanonie myślą sami zainteresowani? To może na koniec jeszcze kilka uczniowskich propozycji dotyczących ich „lektur marzeń” (oczywiście zaproponowanych przez dzieci/młodzież na różnych etapach czytania). „Koszmarny Karolek”, „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai”, „Dzienniczek Cwaniaczka” to tylko niektóre z tytułów najbardziej pożądanych przez młodszych czytelników, starsi chętnie sięgają po fantastykę, utwory o problemach młodzieży albo literaturę obozową. Czy wspomniane książki rozwiązałyby „problem kanonu”? Tylko pozornie, co więcej z czasem pewnie sam Harry Potter zacząłby tracić czytelników, jak na lekturę szkolną przystało.

 

 

Pozdrawiam i  życzę spokojnych, rodzinnych Świąt, oczywiście z ciekawą książką (niechby nawet była lekturą szkolną)

Mariola Sudoł-Szczepaniak

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ