Tajlandia i wyspy Phuket – Hubert Krupka

0
408

Cześć, czołem! W ostatnim artykule, pisałem jak razem z Jessicą podróżowaliśmy po Kambodży. Dalej nasza trasa prowadziła przez Tajlandię aż do wyspy Phuket, gdzie po prawie 3 tygodniach wspólnej podróży, dzielenia się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami, przyszedł czas, żeby się rozdzielić. Co ciekawe, wcześniej mieliśmy to już zrobić przynajmniej kilkukrotnie, ale jakoś zawsze udawało nam się znaleźć takie rozwiązanie, żeby dalej ze sobą jechać. Niestety ten lot Jessica miała zarezerwowany już od dawna i oboje widzieliśmy, że taki moment przyjdzie, ale chyba nikt z nas się nie spodziewał, że zdążymy się aż tak zaprzyjaźnić. Wcześniej zdążyłem przywyknąć do tego, że dzień w dzień spotykam nowych ludzi, a chwilę później już się z nimi rozstaje. Jednak tym razem to nie było takie proste…

Tymczasem zostałem sam i musiałem coś ze sobą zrobić oraz dalej jakoś ciągnąć swój wątek w Tajlandii. Wtedy pomyślałem, że od zawsze jedną z moich pasji był boks oraz inne pokrewne sztuki walki. Swoją drogą, ćwiczyłem je także na nowej hali w Rokietnicy u Krzysztofa Nowickiego. A skoro znalazłem się w Tajlandii, to oczywiście musiałem potrenować z prawdziwymi zawodnikami Muay Thai i zobaczyć na żywo, jak oni to robili. Dla mnie być w tym kraju i nie spróbować ich sportu, to tak jakby być w Paryżu i nie widzieć wieży Eiffla. Co ciekawe miałem okazję zobaczyć to nawet za darmo, podczas uroczystości urodzin króla w Bangkoku, ale wtedy po wypiciu zaledwie 3 piw, to miasto dosłownie mnie pochłonęło i nadal niewiele z tego pamiętam. Jednak tą historię zostawię na inny czas.

Czym tak właściwie jest wspomniana przeze mnie dyscyplina? Muay Thai określany często tajskim boksem jest uznawany jako sztuka ośmiu kończyn. W tzw. „stójce” polega na walce pięściami, nogami, kolanami oraz łokciami, co łącznie daje 8 punktów styku. Ten styl walki wywodzi się z Muay Boran, którego początki odnotowuje się już w XIII wieku. Na przestrzeni tylu lat, służył on przede wszystkim żołnierzom do obrony granic, dlatego też przetrwał do dziś i urósł do rangi sportu narodowego. Początkowo polegał na walce w utwardzanych różnymi metodami bandażach. Tak naprawdę dopiero na początku XX wieku zmieniono reguły, kiedy wprowadzono normalne rękawice i wycofano techniki uważane za bardziej brutalne. Pomimo tego Muay Thai do dzisiaj jest oceniane jako jeden z najbardziej bezwzględnych sportów, gdzie każdy cios jest zadawany z największą możliwą siłą. A skoro tak, to postanowiłem, że musze tego spróbować. Chciałem zawalczyć z kimś pokroju tych twardzieli, czyli prawdziwymi zawodnikami Muay Thai.

Kiedy tylko podjąłem decyzję, bezpośrednio z lotniska udałem się do dzielnicy Chalong, gdzie miejscowi mieli trenować właśnie ten sport. Znalazłem tam przynajmniej kilka takich klubów i po krótkim rekonesansie oraz negocjacjach, wybrałem jeden z nich. Od tamtej pory zamieszkałem w moim namiocie, zaraz obok sali do ćwiczeń oraz zacząłem treningi po 2x dziennie i tak przez tydzień. Chciałem z tego maksymalnie skorzystać, ale oczywiście nie było wątpliwości, że po tak krótkim okresie, nie stanę się nagle zabijaką na miarę Chucka Norrisa.

Tak więc zaczęło się. Treningi były prowadzone jedynie przez Tajów, byłych albo jeszcze aktualnych zawodników. Oczywiście było bardzo gorąco, dlatego miejsca do ćwiczeń zorganizowano na świeżym powietrzu, gdzie osłonięto je jedynie dachem, głównie przez wzgląd na słońce i ewentualny deszcz. Po ponad 120 dniach podróży i straceniu kilku kilogramów, coś takiego okazało się naprawdę sporym wyzwaniem. Wystarczył jeden trening, żebym pożałował. Nie mogłem uwierzyć, że zdecydowałem się na coś takiego i to po 2x dziennie. Największy kryzys znalazł mnie dopiero kolejnego dnia, kiedy pojawiły się już zakwasy i musiałem zagryźć zęby, żeby „jechać dalej z koksem”.

Po swoich treningach czas zajmowała mi obserwacja zawodników, ich ćwiczeń, przyzwyczajeń oraz tego jak na co dzień funkcjonowali. Każdy z nich był niesamowicie wyrzeźbiony, na ich ciele ciężko było dopatrzyć się choćby grama tłuszczu. Wydaje mi się, że nie znalazłbym tam nikogo, kto ważyłby więcej niż 70 kg, a mimo to wszystkie ich ciosy wykonywane były z olbrzymią siłą i towarzyszącym temu charakterystycznym warknięciem. Każde ich uderzenie nogą dosłownie przypominało kopnięcie konia. Na ich twarzach często było widać ślady po łokciach, ulokowanych w walkach przez ich przeciwników. W skrócie wiedziałem, że z nimi naprawdę nie było żartów. To naprawdę była przepaść. A wynikało to z faktu, że zaczynali swoje treningi już jako 6 letnie dzieci!

Jednego razu, nieopodal organizowano walki zawodników Muay Thai na stadionie Chalong. Szybko podjąłem decyzję, że się tam wybiorę. Wśród widowni widać było grupkę zakładających się ze sobą ludzi, dla których chyba jedną z największych atrakcji, były bijące się ze sobą dzieci. Istnieje wiele głosów z zachodu, wyrażających swoje oburzenie dla czegoś takiego. Ja też miałem co do tego dosyć mieszane uczucia, dopóki nie usłyszałem Rafała Simonidesa, zdaje się najlepszego polskiego zawodnika Muay Thai. Simonides stwierdził, że dzieci w Polsce wcale nie są mniej agresywne od tych z Tajlandii, a jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości to niech im odłączy komputer i zobaczy co się stanie 😊 Z mojego doświadczenia najwięcej agresji mają w sobie ludzie, którzy właśnie nic nie potrafią. To strach powoduje w nich takie emocje. Po sobie mogę napisać, że sztuki walki najczęściej kształtują charakter, przez co u prawdziwych zawodników respekt zarówno do siebie, jak i do innych wzrasta.

Na koniec tygodnia, po wielogodzinnych namowach, w końcu udało mi się przekonać trenera, żeby zrobić sobie małą walkę. Ta batalia mówiąc półżartem – półserio, miała motyw „osobisty”. Wcześniej ten chłopak śmiał się, że styl mojej walki przypomina „ladyboya” (co w skrócie oznaczało, że bije się jak baba). A wynikało to z faktu, że na atak przeciwników często się cofałem i uciekałem na boki. Tymczasem boks tajski polegał na tym, żeby twardo stać w miejscu, nawet pomimo przyjmowanych ciosów. W moim przypadku to raczej nie wynikało z tchórzostwa, ale z dawnych przyzwyczajeń wyniesionych klasycznego boksu.

Tak więc zaczęliśmy… Po jednym mocniejszym ciosie na moją szczękę, młody Taj szybko dążył do tego, żeby tą „bitwę” obrócić w żart. Podejrzewam, że po prostu nie chciał mi zrobić krzywdy. W sumie chwała mu za to, bo inaczej kto napisałby tą historię?

A już następnym artykule, będzie mała niespodzianka – kraj który dla niewtajemniczonych na pewno byłby ciężki do przewidzenia. Do zobaczenia za miesiąc!

 

cdn.

Hubert Krupka

kontakt.hubertkrupka@gmail.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ