Hubert Krupka – powrót do domu

0
688

Cześć, czołem! Ostatnim razem pisałem o Tajlandii,więc pewnie spodziewaliście się następnej relacji z kolejnego azjatyckiego kraju. Jednak tym razem będzie inaczej.

             Był 19 grudnia, kiedy stanąłem na lotnisku w Phuket. Dokładnie tam, gdzie wcześniej żegnałem koleżankę z Brazylii. O swoich planach generalnie nikomu nie mówiłem, pomimo, że ułożyłem je jeszcze w Japonii. Tam właśnie, z dużym wyprzedzeniem kupiłem bilet lotniczy z Tajlandii do Niemiec, mając zamiar wrócić do domu na święta i zrobić wszystkim niespodziankę. Tak właśnie wyglądał mój plan.

             Wszystko szło tak, jak trzeba. Po 13godzinnym locie, znowu z okna samolotu zobaczyłem typowo europejską przyrodę.Kontrast był niesamowity, ale żeby zrozumieć trzeba by to po prostu przeżyć.Trochę minęło zanim doszło do mnie, że znowu jestem niedaleko od domu. Wylądowałem w Kolonii, a zatem pod francuską granicą. Działo się to na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, więc modliłem się, żeby nie było za zimno. Na coś takiego w kwestii sprzętowej byłem kompletnie nieprzygotowany, a w mentalnej – wydaje mi się, że to nie stanowiło już zbyt wielkiego problemu. Jeszcze na lotnisku szybko zabrałem się za łapanie auto stopa i choć byłem już „blisko” domu, to jednak nie dałem rady dojechać tego samego dnia. Po zmroku nikt nie chciał mnie już nigdzie zabrać, więc musiałem przespać się w pobliskim lesie niedaleko miejscowości Hagen. Pewnie pomyślisz, że byłem niezłym wariatem, ale po tak długim czasie spędzonym w Azji, nocleg w grudniu w niemieckim lesie, był dla mnie fajnym urozmaiceniem i przede wszystkim wyzwaniem.

            Kolejny dzień – niedziela. Jak się okazało, z tej okazji wszystkie tiry miały akurat zakaz poruszania się po drogach. Jednak na szczęście, cała masa naszych wracała podobnie jak i ja do ojczyzny – na święta. Szczęśliwie udało mi się znaleźć dwóch Polaków, którzy jechali autem z Anglii i z nimi dostałem się aż do Głuchowa. Tam właśnie po raz kolejny dopadła mnie noc, ale byłem już tak blisko, że nie odpuszczałem. Z drogi zgarnął mnie nikt inny, jak właśnie nowy mieszkaniec Rokietnicy (dziękuję Panie Szymonie). Wsiadłem do jego samochodu w czapce rybackiej od Gieny, długą brodą i zacząłem opowiadać o tym, że właśnie wracam z wyprawy autostopem do Tajlandii. Wtedy miałem w sobie na tyle dużo entuzjazmu, że ten Pan śmiało mógł sobie pomyśleć, że ma do czynienia z wariatem. Niemniej dzięki jego pomocy trafiłem prosto do Kobylnik i od domu dzieliło mnie już tylko 200 metrów. Po tak długim czasie, wszystko wokół wydawało mi się dziwne, jakby mniejsze –efekt naprawdę ciężki do opisania. Wreszcie stanąłem przed drzwiami, zapukałem i…

To uczucie, kiedy wracasz do siebie po 4,5 miesiąca wojaży w Azji, to coś, co trzeba przynajmniej raz w życiu przeżyć – bezcenne. Może sam to sprawdzisz?

            Jak się zmieniło moje życie po powrocie do rzeczywistości? Muszę przyznać, że miałem spore problemy z adaptacją. Znajomi po czasie przyznali, że zachowywałem się jak dzikus wyjęty z dżungli, który mało mówił i błądził myślami. Ten efekt miał wiele przyczyn, nie decydował o tym tylko sam fakt, że istotnie żyłem w namiocie przez ostatnie 4,5miesiąca. Nad tym nie będę się tutaj rozwodził, bo na pewno nie starczyłoby miejsca. Niemniej musiałem znowu zacząć jakoś funkcjonować, a że wcześniej działałem trochę na „spontanie”, to też nic nie miałem jeszcze zaplanowane.Myślę, że to był duży błąd. Przed wyjazdem na taką wyprawę, powinienem był już dużo wcześniej wiedzieć, co będę robił po powrocie. Żyłem nadzieją, że to właśnie podróż pozwoli mi to odkryć, ale żeby było zabawniej dopadła mnie olbrzymia depresja, dużo większa od każdej poprzedniej. I jak to depresją bywa, nie pozwalała mi normalnie funkcjonować paraliżując większość czynności życiowych. Powiem szczerze, że próbowałem na wiele sposobów ją rozwalić, ale nic z tego nie wychodziło. Dopiero kiedy sam Bóg dokonał interwencji, nagle większość moich problemów znikła. W życiu na ogół staram się myśleć logicznie,co mam nadzieję dało się odczuć kiedy pisałem te artykuły, dlatego po tym co się wtedy stało, nadal nie potrafię tego inaczej wyjaśnić. Nie działo się to w żadnej grupie, gdzie mógłbym sobie różne rzeczy „wkręcić”, ale bardzo indywidualnie, w miejscu, gdzie nie było ze mną nikogo innego.

To oczywiście bardzo długa historia i mógłbym ją dużo bardziej rozwinąć. Myślę, że w tym wszystkim Bóg miał swój plan, podobnie jak wobec każdego. Mam nadzieję, że w przyszłości, kiedy będę już wystarczająco dojrzały,to go po prostu odkryję. Po czasie dochodzę do wniosku, że jak tylko wszystko w relacji ja-Bóg jest ok, to wówczas moje życie zaczyna się jakoś układać  i przede wszystkim widać w nim głębszy sens. A kiedy jest odwrotnie, to trochę tak jakbym szedł po omacku, prosto w przepaść.

Taki właśnie, był finał mojej wyprawy, czyli gigantyczna radość pomimo wielu niedogodności. Taki „haj”, tylko bez używek.

            Po powrocie dowiedziałem się że wżyciu ważne są te zwykłe proste chwile, których na co dzień się nie docenia.Podczas trasy zrobiłem sobie listę rzeczy których mi brakowało i nie uwierzycie, co się na nich znalazło. Wśród nich była rozmowa z moją mamą przy kawie, karaoke w Poznaniu z moim przyjacielem i resztą kolegów, czy rozmowy na poważne tematy z moim wujem do 5:00 nad ranem, czyli zwykłe i proste rzeczy bazujące na silnych relacjach z drugim człowiekiem.

Podsumowując, te 13 artykułów, które pojawiały się tu każdego miesiąca, stworzyłem chcąc się w bardzo dużym skrócie podzielić, tym co się wydarzyło podczas mojej podróży. Mam nadzieję, że to dobrze wyszło i Ci się podobało. A może nawet w jakiś sposób Cię zainspirowałem?

W dłuższej perspektywie, mam w planie wydać coś dłuższego – książkę, gdzie mam nadzieję będę mógł się dużo bardziej rozwinąć.Ją traktuję już bardziej jako pracę badawczą, gdzie analizuję niemal każdy kraj pod kątem jego historii, religii, kultury i tego, co z tych rzeczy wynika. Do takiego podejścia zmobilizowali mnie choćby Chińczycy i ich zachowanie, którego zupełnie nie rozumiałem, dlatego chciałem poznać tego przyczyny i wydaję mi się, że już znalazłem.

Moja podróż trwała w sumie 135 dni. Podczas niej byłem zdany na siebie oraz innych ludzi i dlatego właśnie, było to tak bardzo nieprzewidywalne.Moim zdaniem doświadczyć to i zrozumieć pewne emocje, można dopiero kiedy czyta się całą relację z tak długiej wyprawy. Jeżeli byłbyś zainteresowany poznaniem mojej historii z podróży w znacznie poszerzonej wersji, to możesz już dzisiaj napisać na mój adres mailowy, a po zakończeniu mojej pracy nad książką będziesz pierwszy, który dostanie ją do ręki.

Kończąc, chciałbym podziękować za Twoją i Waszą uwagę oraz możliwość podzielenia się swoimi historiami – dla mnie to była fajna zabawa. I kto wie? Może się jeszcze spotkamy? 😊 

c. d. n. póki co nie nastąpi

kontakt.hubertkrupka@gmail.com

Hubert Krupka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ