Hubert Krupka – Japonia

0
793

Cześć, czołem! Ostatnim razem pisałem o Chinach, co w zasadzie wiązało się z nieustannie gnębiącymi mnie problemami. Na szczęście nie jestem typem malkontenta, więc w tym gąszczu dziwactw starałem się doszukiwać jakichś pozytywów i co najważniejsze – rozwiązań wszystkich moich kłopotów. I tak po 4 dniach, udało mi się w Pekinie znaleźć bankomat, przez co wreszcie dostałem niezbędne do życia pieniądze. A po 11 dniach, dzięki swojej upartości doszedłem, jak odblokować chińską cenzurę. Od tamtego momentu, mogłem zacząć wrzucać kolejne posty do internetu oraz kontaktować się z całym zachodnim światem. Tak ostatecznie zniknęły moje największe utrapienia i równo po miesiącu spędzonym w Państwie Środka, wyleciałem z Szanghaju do kolejnego Państwa, czyli Japonii. Co ciekawe dotarłem tam poniekąd na zaproszenie koleżanki, którą poznałem kilka lat wcześniej w Londynie. A żeby było śmieszniej, to obiecałem jej, że przyjadę autostopem, będąc jeszcze w Polsce i powstała szansa, że słowa dotrzymam, co wcześniej zdarzało mi się dosyć rzadko, a już zwłaszcza jeśli chodziło o takie dziwne deklaracje.
Paradoksalnie tym razem znalazłem się w kraju, który był totalnym przeciwieństwem Chin i to właśnie postaram się dokładnie opisać!
Wylądowałem w Nagoi, gdzie z marszu przybito mi darmową wizę na 3 miesiące. To oznaczało, że wreszcie skończyła się moja gonitwa z czasem, czyli dokładnie to, co miało miejsce w Państwie Środka, gdzie wizę ważną miałem tylko przez miesiąc.
A zatem usiadłem sobie kompletnie wyluzowany na terminalu. Szczerze powiedziawszy, to w Japonii znalazłem się bez żadnej wiedzy wyczytanej z jakichś fachowych książek, więc również bez żadnych uprzedzeń. Zupełnie od zera zacząłem od obserwacji otoczenia i wyciągania swoich własnych wniosków. Dość szybko się zorientowałem, że coś mi tam nie pasuje. Zmieniło się co prawda miejsce, ale przecież znowu byłem na lotnisku i liczba przechodzących przede mną osób, była mniej więcej taka sama. Po krótkiej chwili doszło do mnie, o co tak naprawdę chodziło. Wreszcie nastała cisza! Po miesiącu nieustannego słuchania drących się Chińczyków i ich bezsensownego trąbienia, w końcu pojawił się upragniony spokój i milczenie. Na szczęście się okazało, że Japończycy mieli do tego olbrzymi szacunek. W każdym razie, kiedy tam byłem, nigdy nie słyszałem, żeby wrzeszczeli albo używali klaksonów.
Może to Was zdziwić, ale szybko zauważyłem różnicę w ich wyglądzie. Miejscowi mieli zupełnie inny styl ubioru niż Chińczycy albo inaczej – oni go po prostu mieli. Zwykle facetów widziałem ubranych w garnitury oraz z bardzo oryginalnymi fryzurami, a po pracy też im się zdarzało nosić schludne ciuchy, więc przy nich wyglądałem jak człowiek wyciągnięty z buszu. Natomiast kobiety, dużo częściej niż w Europie chodziły w spódniczkach i kto wie, może właśnie przez to, w mojej ocenie wyglądały bardziej kobieco. Japończycy różnili się od Chińczyków także wielkością oczu, które mieli większe, przez co trochę bardziej przypominali Europejczyków.
Kraj kwitnącej wiśni to również miejsce, gdzie panował niesamowity porządek na ulicach, toaletach czy restauracjach. Wyobraźcie sobie, że pomimo braku śmietników, ilość papierków mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
Z kolei łazienki, były jednymi z najbardziej zaawansowanych na całym świecie. Każda ubikacja miała swój panel sterujący, przez co sama potrafiła wykonać wszystkie procedury czyszczące (starałem się użyć ładnych słów) – myślę, że to w Japonii na pewno warto zobaczyć, a może i nawet doświadczyć. Skoro takie było podejście mieszkańców do higieny i czystości, to też jedzenie przestało mi wreszcie szkodzić. Po miesiącu wegetowania w Chinach nagle wszystkie moje problemy żołądkowe przestały istnieć i wreszcie po zrzuceniu prawie 10 kilogramów, znowu zacząłem przybierać na masie.
Już od pierwszego dnia, ludzie dali się poznać jako niezwykle uprzejmi i pomocni. Dziewczyny pracujące na lotnisku miały wiecznie przyklejony uśmiech do twarzy i to bez względu na to, co by się nie działo, albo jaką gafę właśnie bym walnął. Do tego wszystkiego jeszcze ciągle się kłaniały, dodając: „aligato”.
Po kilku dniach odkryłem, że ten naród należał do najbardziej nieśmiałych, jakie do tamtej pory spotkałem. Przez to, musiałem nawet zmienić moją metodę łapania stopa. Zwykle po prostu stałem na drodze z wyciągniętą tabliczką i namalowanej na niej nazwie kolejnej miejscowości, ale to w Japonii działało ze zmienną skutecznością, bo ludzie nie wiedzieć czemu wstydzili się zatrzymać i zagadać. Wobec tego byłem zmuszony zaczepiać miejscowych, zanim ci jeszcze wsiedli do auta, przez co się nieco ośmielali i dużo chętniej gdzieś podwozili. Tego typu specyficzne cechy Japonii i jej mieszkańców, mógłbym jeszcze długo wymieniać, jak choćby to, że jest to jeden z najbezpieczniejszych krajów czy że ludzie mają wobec siebie bardzo dużo szacunku oraz jak wielki wpływ ma hierarchia na ich codzienne funkcjonowanie.
Tak więc podsumowując, w pierwszych dniach odniosłem wrażenie, jakbym był w swojej drugiej ojczyźnie. Ludzie przypominali mi Polaków, więc na poziomie emocjonalnym funkcjonowaliśmy jakby na podobnych falach. Czułem od nich dużo większe zrozumienie i empatie w porównaniu do Chińczyków. Jedyne czym Japończycy różnili się od naszych to poziom agresji, który według mnie mieli na niższym pułapie i to mi się nawet podobało. W efekcie nie widziałem u nich żadnych większych wad i ten świat w pewnym sensie wydawał mi się idealny.
Po kilku tygodniach spędzonych w tym kraju znalazłem się w Osace. Tam udało mi się znaleźć nocleg dzięki popularnemu serwisowi Couchsurfing. Zatrzymałem się u studenta z Tajlandii, który tam mieszkał. Co ciekawe Boat (bo tak ten gość miał na imię), żył w podobnym przeświadczeniu do mnie, czyli że Kraj Kwitnącej Wiśni jest niczym utopijna Atlantyda. Niemniej im dłużej tam był, tym więcej rozumiał słów, aż się w końcu nauczył języka japońskiego. Wreszcie doszło do niego, co też takiego ludzie między sobą mówią. A okazało się, że potrafili z tym charakterystycznym, niezwykle sympatycznym i mało podejrzanym uśmiechem na twarzy, jednocześnie go obgadywać. Wyobraźcie sobie, jakież musiało być moje zdziwienie na twarzy, jak tylko usłyszałem tę historię…
Daleki byłem od tego, żeby na podstawie tej jednej opowieści o wszystkim nagle przesądzać, ale dało mi to oczywiście do myślenia. Bez znajomości języka, historii oraz spędzenia trochę większej ilości czasu w danym kraju i uczestniczenia w jego codziennych problemach, mogę tylko tak sobie zgadywać, jacy ci ludzie w rzeczywistości byli. Choć to też wcale nie przeczy temu, że ten cały proces poznawczy jest bardzo ciekawy.
Opisując w ten sposób Japonię, chciałem Wam pokazać wszystkie następstwa tego, że podobnie jak Chiny, ten kraj był dobrym przykładem miejsca, które przez długi czas żyło w izolacji. Jednak oni na świat otwarli się trochę wcześniej, czyli w drugiej połowie XIX wieku. Ostatecznie w porównaniu do Państwa Środka i większości azjatyckich krajów, Japonia przynajmniej w moich oczach, okazała się zupełnie inna, ale mam wrażenie, że jej jeszcze do końca nie poznałem.
Cdn.
Hubert Krupka
kontakt.hubertkrupka@gmail.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ