Być przy siódemce i nie zwariować.

0
397

O śnieżnych zamieciach, lawinach i lśniących lodowcach.

Był 15 czerwca tego roku, wylądowałem w Kazachstanie na lotnisku w Ałmaty. Wcześnie rano przed wschodem słońca chciałem się jeszcze zdrzemnąć. Plan na najbliższe dwa tygodnie był określony bardzo precyzyjnie. Mieliśmy jechać do Kirgistanu, odebrać pozwolenia i ruszyć na południe. Tam już tylko Pamir i wspinaczka na sen ostatnich miesięcy.

Wszystko zaczęło się już w Cerekwicy, przygotowania, układanie planu, zbieranie sprzętu. Dwa tygodnie przed wyjazdem zacząłem ostro pracować nad kondycją. Codziennie biegałem po kilka kilometrów, robiłem po 25-30 kilometrów, jeżdżąc na rowerze. Dwa razy w tygodniu kilka godzin spędzałem na basenie. Dla większego przyzwyczajenia do małej ilości tlenu trenowałem w masce przeciwgazowej. Tak było dwa tygodnie przed wyjazdem, dzień w dzień po kilka godzin spędzonych na robieniu kondycji. Byłem w formie, ale nie szczytowej. Wiedziałem, że drogą do sukcesu będzie kilka dni spędzonych w base campie na 3,5 tys. metrów. Tam wiele kilometrów do przejścia i w pionie i w poziomie.

Przenieśmy się już do Azji centralnej. Słońce wschodzi, ja i Marcin daliśmy się namówić kierowcy, że zabierze nas bezpośrednio do Biszkeku. Chcieliśmy odebrać pozwolenia z Agencji Wspinaczkowej i ruszać od razu dalej. Stolica Kirgistanu nie powala pięknem ani ilością atrakcji. Kupiliśmy gaz, zjedliśmy szaszłyka i pojechaliśmy samochodem kolejne 700 km dalej do Osh. Przejazd trwa całą noc. Jedzie się od razu zebraniu chętnych. Komfortu się nie można spodziewać, ale zawsze taniej niż samolotem. O godzinie 6 byliśmy już tylko 250 km od naszego celu, naszego wymarzonego wierzchołka. Poznaliśmy w hostelu Polaka, jeszcze tego samego ranka pojechaliśmy do Sary-Mogool. Łukasz miał wynajętego jeepa, więc rozłożyliśmy koszty na 3 i razem z nim pomknęliśmy przez kolejne kilometry. Kirgistan to góry, same góry. Jadąc po bezdrożach, trzeba było zważać na stada kóz, owiec i krów na drodze. Często coś wybiegało na ulicę. Mijaliśmy jurty, glinianki i kolejne pasma górskie. Popołudniu dotarliśmy na miejsce, to nasz drugi dzień, a ja już zjadłem kilka kilogramów konia. Potrawy w Kirgistanie to głównie konie i barany. Zupa z konia, ryż z koniem, szaszłyki z konia. Dla nas to trochę egzotyki, ale też potrzebowaliśmy mięsa przed wspinaczką, a im dalej na południe tym było coraz mniej wszystkiego. Jedna konserwa, jedno mydło, jeden szary, szorstki papier toaletowy, o sklep było ciężko.

Do przejścia mieliśmy jakieś 25 km, trasa wiodła prosto przez morenowe pole. Chcieliśmy dojść na noc do BC. Wydawało nam się to możliwe do momentu, kiedy dźwignęliśmy na plecy nasze bagaże, każdy miał ponad 40kg. Sprzęt, jedzenie skromna ilość rzeczy i książka. Mieliśmy spędzić dwa tygodnie w górach, więc jedzenia zabraliśmy sporo, żeby nie głodować, bo i po co. Makaron, tuńczyk i ketchup – takie widmo obiadów czekało znowu po półrocznej przerwie, dieta taka sama jak w Peru. Śniadanie to inna bajka, budyń lub kisiel z owsianką. Szczególnego nic nie mieliśmy, kilka paczek kabanosów i trochę słodkości. Trasa do BC zajęła nam dwa dni, po drodze do pokonania były rzeki i tysiące wzniesień. Każdy powolny krok przybliżał nas do wymarzonego odpoczynku. Pierwsza rzeka porwała lewego klapka, pierwsza zguba na wyjeździe. Druga to już nieco tragiczniejsza historia, choć nie zakończy ona tego wyjazdu. W południe przy słońcu trzeba było przekroczyć rzekę, nie szliśmy drogą, więc mostu nie było, wybraliśmy najszerszy fragment. Z doświadczenia takie miejsca powinny być płytkie, tak było, ale … Woda o temperaturze 2-3 stopni Celsjusza, bystry nurt, prawy klapek. Do przejścia jakieś 30 metrów. Początkowo wody do kolan, palce u stup kurczą się i skręcają, jest zimno. Idziemy z plecakami. Każdy z nas waży jakieś 120 kg, ciężko się poruszać w tym zimnie i przy tej wadze. Krok po kroku idziemy, trzymając się wzajemnie, wody przybywa, już jest do pasa. Kurczą się nie tylko palce. Chwiejnym krokiem przesuwamy się do brzegu. Kamienie spod nóg uciekają, stopy ślizgają się po nierównym dnie. Jest bardzo zimno i ciężko. Woda podmywa już plecaki i koszulki podwinięte na maxa. Jest powyżej pępka, każdy ruch to wielka niepewność, każdy krok to niewiadoma. Do końca zostają 3 metry, ale Marcin się zachwiał i nagle obydwoje płyniemy wraz z nurtem w tej lodowatej wodzie. Panika w oczach, ręce i nogi nie mają czego się złapać, odbijamy się od kamieni. Marcin mnie wyprzedza, udało mi się go złapać za plecak i wyrzucić na brzeg. Potem złapałem jakaś skałę i sam się wyczołgałem. Leżałem na mokrych kamieniach, trząsłem się z zimna. Wszystko było przemoknięte, dokumenty, śpiwór, rzeczy, plecaki. Nie mogłem ruszać palcami u stóp, były już sine, nogi obite od kamieni, leciała krew. Kiepski początek, jak na wejście powyżej siedmiu tysięcy. To była zła wróżba, Ci, którzy zginęli w drodze do Base Campu, to byłby wstyd. Pozbieraliśmy się, siedzieliśmy, ogrzewając się na słońcu chyba z godzinę. Wieczorem trafiliśmy na miejsce.

Namiot rozbiliśmy na początku doliny, daleko przed polaną cebuli. Dostaliśmy zaproszenie od mieszkającej rodziny, mieli mały, stary, ruski wagon. Rozbiliśmy namiot, pogoda dopisywała do momentu wejścia do śpiwora, zerwał się wiatr. Mam mały dwuosobowy namiot. Tamtej nocy bałem się, że nie wytrzyma. Wiatr szalał niesamowicie, pół nocy miałem na twarzy położoną ścianę i stelaż. Kolejny dobry znak. Gorączka w namiocie wybudziła nas ze snu. Słońce już było dość wysoko, to był dzień budowy naszego nowego schronienia. Cały dzień pomagaliśmy budować jurtę, nowy dom. Jest to pracochłonne zajęcie, stawianie ścian, dachu, ocieplanie i ozdabianie. Ręcznie szyte ozdoby trzeba doszyć do wełnianych ścian. Spędziliśmy tak trzy dni, chodząc po okolicznych górach. Próbowaliśmy zdobyć Pik Pietrowa, 5,5 tys. metrów. Ilość śniegu powyżej czterech tysięcy była dość niebezpieczna. Idąc na aklimatyzację, topiliśmy się po pas w śniegu, ściany były dość strome, a ryzyko lawiny dość spore. Tak wysoko, jak tylko się dało, czyli jakieś 4800 m n.p.m., brnęliśmy pod górę. Pogoda popołudniami siadała, tak było też i wtedy. Zeszły chmury, zaczął padać śnieg, musieliśmy się wycofać, było już późno. Tempo było wolne, za wolne, żeby myśleć o wejściu na siedem tysięcy, to pierwszy dzień. Kolejnego poszliśmy na drugą stronę doliny. Szliśmy płatami śniegu, zapadając się po kolana, było ciężko. Przypominaliśmy sobie, jak się hamuje na czekanie, ćwiczyliśmy odruchy, doszliśmy na 4500m n.p.m. W bazie byliśmy gośćmi, byliśmy też pierwszymi osobami z zewnątrz, którzy dotarli, kilka dni przed agencjami, kilka tygodni za wcześnie. Tak śnieżna zima nie nawiedzała Kirgistanu od kilku ładnych lat, chcieliśmy walki. Tak nam się wydawało.

Na wysokości 4500 metrów czuliśmy się już bardzo dobrze. Czas iść do obozu numer jeden. Oddalony o 14 kilometrów w stronę szczytu obóz był dla nas nowością. Mieliśmy zapis trasy na GPSie, która nie wyglądała na uczęszczaną, żądnych śladów, żadnej ścieżki. Stok, piarg, kamienie i przepaść, tak można opisać trasę od przejścia przełęczy na 4200m. Względnie poziomo prowadziła do rzeki, do kolejnej zagadki. Śniegu jeszcze dużo, więc i rzeki mogły być olbrzymie. Wytyczaliśmy swoją ścieżkę, pierwsi przemierzaliśmy te bezdroża, stok często nachylony do 60 stopni czasami więcej. Podpieraliśmy się czekanami, kroczyliśmy powoli, raz za razem. Monotonnie. Pogoda wyborna do opalania, jakieś 25 st. Celsjusza, słońce paliło. Spoceni, bez wystarczającej ilości wody, wycieńczeni. Doszliśmy do rzeki, 30 minut szukania przejścia. Udało się przeskoczyć, ale już bezpowrotnie. Byliśmy w 2/3 drogi, zostało ostatnie kilka kilometrów. Marcin już ledwo szedł, ja traciłem siły, obóz był jeszcze daleko. Wyciągnąłem torebkę białego proszku, zażyłem łyżeczkę tego cudu. Dostałem powera, szliśmy pod górę jakieś dwieście metrów, tam moc się skończyła. GPS pokazywał trzy i pół kilometra do obozu AsiaMoutain. Wybraliśmy to miejsce, bo było blisko ściany, ale bez zagrożenia, że zasypie nas lawina. W zasięgu naszego wzroku były tylko tony kamieni, kilka łach śniegu, drobne rzeczki. Rozbiliśmy namiot w miejscu chyba do tego przeznaczonym, płasko przy starym dużym namiocie. Resztki pozostałe po poprzednich latach, krzesła, garnki, butle z gazem. Tam się położyliśmy. Ostatkiem sił zrobiliśmy makaron z tuńczykiem w sosie BBQ. Już nie było sił na nic innego, poszliśmy spać. Byliśmy na 4500 m n.p.m.

Słońce wstawało dość wcześnie. Nasze ambitne plany pokrzyżowała jednak temperatura, było zbyt zimno, żeby wyjść. Czekaliśmy, aż trochę dogrzeje nasze kości. Szybkie śniadanie i w drogę. Tego dnia miał być rekonesans trasy do obozu numer dwa. Szliśmy do czoła lodowca. Zaopatrzeni w raki czekan i trochę jedzenia. Masa lodu spływająca z piku różniła się od tych Spitsbergeńskich. Tysiące spękań, ogromne szczeliny, śniegu po pas. Torowaliśmy drogę między szczelinami, a czasami pewnie i po wątpliwych mostach śnieżnych. Robiło się dość ciepło i słonecznie. Za ciepło. Śnieg lekko się roztapiał, ryzyko zejścia lawiny rosło. Im wyżej, tym widoki lepsze, widać inne lodowce, inne szczyty. Radość i zmęczenie wprost proporcjonalnie do wysokości również się zwiększały. Szliśmy kilka godzin pod górę, mozolnie, ale jak czołgi do przodu. Plecaki były lekkie, ale na tej wysokości dawały się we znaki. Nie znaliśmy drogi, nie było przewodnika, tyczek, śladu. Sami. Pierwsi. Niepewni. Kilka razy zapadliśmy się w śniegu, ale niezbyt groźnie. Podeszliśmy prawie pod 5 tysięcy metrów, spoceni, głodni, za późno. Nasze tempo było zbyt wolne, by myśleć o wejściu do obozu drugiego na 5 400m. Przez lornetkę widzieliśmy tylko spękania, ogromne szczeliny. Tam dalej było gorzej, śniegu więcej, trasy nie byliśmy w stanie wyznaczyć. Rozglądaliśmy się, żeby coś wymyślić. Była 13 godzina, pełne słońce i niewiele chmurek. Wyciągnąłem trochę proszku, tego magicznego, w aptece kupiłem za 5 zł. Glukoza dawała kopa na 30-40 minut, była dobra, słodka, ale energia i tak po czasie spadała. Najlepsze są batoniki owsiane, po których energia uwalnia się dłużej. Glukoza jest przydatna zwłaszcza w miejscach, gdzie waga jest bardzo istotna. Wyciągałem aparat, zrobiłem kilka zdjęć i nagłe coś huknęło, coś zadrżało. Nogi miałem jak z waty, przestraszyłem się. Zamarliśmy na chwilę. Lodowiec pod nami pękał, staliśmy na jakimś niepewnym lodowym kawałku. Wszystko wydawało się takie stabilne. Po chwili ze szczytu zaczęły się zsuwać płaty śniegu, wydawało się nam, że to może być już koniec. Spojrzeliśmy sobie w oczy i to wystarczyło, nasze nogi kierowały nas w dół. Po tych naszych śladach zeszliśmy szybko do bezpiecznej strefy. Niby się nic nie stało, ale emocje cały czas górowały, dało się wyczuć atmosferę grozy i sporo adrenaliny. Myśleliśmy tylko o tym, że nie ma nikogo i w razie jakiegokolwiek wypadku nikt nie będzie wiedział, gdzie leżymy, połamani czy już zimni. Resztę dnia spędziliśmy na wspinaniu się po serakach lodowych w dole lodowca, też dość ryzykownie, ale chyba więcej zależało od nas niż od przyrody.

Kolejnego dnia mieliśmy spróbować jeszcze raz, znaliśmy połowę drogi. Leżeliśmy w mrozie w namiocie. Udawało się coś pospać. Sny były dość dziwne. Płaszczka, która połykała Marcina, źle wróżyła. Nagle obudził nas huk.
„24 czerwca 7:32
Miał być dziś dzień wejście do Campu 2. Wszystko chyba odbyło się w nocy cała decyzja o wyjściu została przerwana przez dwie potężne lawiny, które zeszły w nocy. Myślałem, że o drugiej w nocy jest stabilnie. Śpimy 2 i pół km od ściany, a huk, grzmot i hałas nas obudził. To było coś niesamowitego. Siła natury jest ogromna, to jest nieprzewidywalne. Sny, jakie nam się śniły, nie wskazywały na to, by iść. Chyba jestem tu za bardzo przesadny, ale chcę wrócić bez guza. To już nie zabawa, gdzie zadzwonimy po TOPR. Jesteśmy tu sami, sami. Najbliżsi ludzie żyją 14 km dalej, za dwiema dolinami, kilkoma górami i przełęczami. To nie czas na wspinaczkę. Jeśli ktoś tam wejdzie, to najwcześniej za dwa tygodnie. Wczoraj wieczorem mieliśmy mega motywację i chęć, ale zmieniło się to przez noc. Cóż, niedane przed urodzinami tak wysoko być, nie ten czas.”
To było przerażające doświadczenie. Z jednej strony fajnie było to przeżyć i usłyszeć, ale widmo śmierci było bardzo blisko mnie. Czułem się taki mały w porównaniu z siłą natury. To był kluczowy moment wyjścia. Możliwe, że gdybyśmy poszli tam wcześniej, leżelibyśmy pod tonami śniegu i lodu. Wszystko działo się tak szybko, trzask, huk i koniec, cisza. Tam w górze byłoby bardzo źle. Nie czas na wspinanie, trzeba czekać dwa trzy tygodnie, aż zejdzie śnieg. Tamtej nocy nie mogłem spać, w głowie dźwięczał grzmot i lawina. Wszystko połączyło się w całość ze snem. Ta płaszczka to była lawina, która zjada Marcina, wciąga go pod siebie.

Nie poszliśmy już na ten lodowiec. Rozdział zamknięty, decyzja podjęta. Rano wstaliśmy jeszcze z małą nadzieją, ale odpuściliśmy. Są chyba chwile, kiedy człowiek podejmuje właściwe decyzje. Ta była właściwą. Kolejne dni zachmurzone, mroźne, wiało i padało. W górach kolejna dostawa śniegu. Wycofaliśmy się po kilku wyjściach w okolice obozowiska. To były przygodowe trekkingi. Kolejne lodowce pękały, wpadaliśmy w szczeliny, ale tylko na wysokości 4500m, daliśmy radę przetrzymać to wszystko. Najważniejsze, że w okolicy Piku Lenina, tej ogromnej góry o szczycie na 7147 m n.p.m. Wrócę tam, obiecałem to sobie za trzy lata, wejdę na szczyt 18 lipca, w dzień urodzin.

Tomasz Kurczaba

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ